sobota, 21 luty 2009

Ultraviolence - Life of Destructor (1994)


Odpowiednia dawka mocnego, trochę odlskulowego hardcore techno. Podoba mi się brak silenia się na niepotrzebne eksperymenty i sztuczne rozpasane brzmieniowe warstwy. Niby prosto, lecz dynamicznie i ze smakiem. Prawdopodobnie jedno z lepszych wydawnictw w swoim gatunku. [7.2]


LINK

niedziela, 7 grudzień 2008

Merzbow - 1930 (1998)


O tym nie da się zwyczajnie pisać. Bo czym jest Merzbow? Merzbow to noise, zbiór wszystkich najbardziej brudnych i hałaśliwych dźwięków. Albo się to kupuje, albo łączy się wyłącznie z pracami remontowymi sąsiada spod dołu, który z jakiś powodów bawi się wiertarką od siódmej rano w sobote. Ale w tym wypadku nie ma się fantazji, tak po prostu. [7.8]


LINK

Deaf Center - Pale Ravine (2005)



Jeden z moich (dark) ambientowych faworytów. Norweska muzyka tła, neopoważka i niepokojące odgłosy. Wydawnictwo z jakiś względów trochę niedoceniane. Najlepszym opisem jest pewien komentarz z serwisu rateyourmusic.com – I was trying very hard no to fall asleep while listening to this album. I really don't know if I succeeded or not, because suddenly I started to dream. So that's what this album is - it's not music, it's the dream stimulator. To były piękne sny. [7.3]


LINK

piątek, 21 listopad 2008

Disco Inferno - D. I. Go Pop (1994)



Przez dłuższą chwilę zastanawiałem się, czy Disco Inferno spełnia wymagania "średnio znanego zespołu", ale z tego co zauważyłem, to w naszym pięknym kraju zespół raczej nie ma tysięcy fanów, więc chyba warto co nieco o nich napisać. Ogólnie rzecz biorąc D. I. Go Pop kapitalnie wylicza słabości aktualnych, pseudo-uduchowionych gwiazd post-rocka w stylu Caspian. W sumie to właśnie przez takie Caspiany post-rock jest utożsamiany z kilkoma pajacami, którzy siedzą i plumkają coś na swoich wypasionych gitarach, wciąż się podniecając zjechanym do granic wytrzymałości schematem "cicho-głośno". Disco Inferno natomiast dosłownie przekracza granice rocka, bawiąc się psychodelią, noisem i muzyką pop. Całość sprawia wrażenie dziwnie posklejanej, lecz zdecydowanie "pulsującej" mozaiki. [7.3]


LINK

sobota, 15 listopad 2008

The Number Twelve Looks Like You - An Inch Of Gold For An Inch Of Time [EP] 2005



Ostatnio w autobusie puściłem sobie ubiegłoroczną płytę The Number Twelve Looks Like You i wyłączyłem po dwóch kawałkach. Dwunastki swego czasu uważałem za najbardziej porąbany band na świecie. Mathcore, grindcore, metalcore, screamo, elementy death metalu, post-hardcore – czego tam nie było? A wszystko to razem zebrane i podane ze sporym dystansem. Niestety, nigdy tak do końca nie polubiłem ich pełnych wydawnictw. Tak naprawdę w pełni urzekła mnie jedynie epka z 2005 roku: „An Inch Of Gold For An Inch Of Time”. Doprawdy, te cztery kawałki i cover „My Sharona” The Knack w tak krótkiej i konkretnej formie robią z mózgu sieczkę. Pokręcone wywijasy, chore wokalizy, nagłe zmiany tempa, przedziwaczne przejścia oraz szczypta humoru. Nie wiem czy kiedykolwiek mi się to znudzi. [8.0]


LINK

poniedziałek, 10 listopad 2008

The Tallest Man on Earth - Shallow Grave (2008)



The Tallest Man on Earth ma 25 lat i pochodzi ze Szwecji. Trudno w to wierzyć, bo Matsson śpiewa niczym stary country-folkowiec z USA. W tej muzyce musi być rozczarowanie, wkurw, złamane serce, smutek, żal, a zarazem ironia i szczypta czarnego humoru. To wszystko na Shallow Grave jest. Dodajmy do tego przepiękne nostalgiczne melodie i kilka zawadiackich i zaczepnych numerów w sam raz do tupania. Dalej nie mogę pojąć, skąd w tak młodym człowieku tyle inteligencji, nostalgii, elegancji i wyczucia. Woody Guthrie chyba ryczy ze szczęścia w grobie. [7.0]


LINK

Townes Van Zandt - Our Mother the Mountain (1969)


Mam takie szczęście, że mieszkałem przez kilka lat w Mrągowie (i co jakiś czas tam wracam, oczywiście z powodów rodzinnych), tak więc zdążyłem nasłuchać się przeróżnej maści złośliwości na temat pewnego festiwalu country, który tam się odbywa. Jak można łatwo przewidzieć, owa impreza ma tyle wspólnego z dobrym country, co festiwal Brudstock z przyzwoitą muzyką. Jeśli zatem dla Was taka muzyka łączy się wyłącznie z polskim buractwem pozującym na kowboi – dajcie na wstrzymanie. Van Zandt to przykład faceta z gitarą czerpiącego z amerykańskiej tradycji, potrafiącego zagrać takie country, o którym nie śnicie i o którym mógł często marzyć sam Dylan w pewnym okresie swojego żywota. Nie ma tam zapyziałego teksańskiego klimatu, żucia tytoniu i chamskich przyśpiewek. Nie przesadzę chyba zbytnio definiując takie płyty jak „Our Mother the Mountain”, jako proto alt-country. [6.9]


LINK